O autorze
Oliwia - mama dwójki dzieci, które kocha bezgranicznie. Autorka bloga www.countrygirl.blox.pl. Kocha jeść i gotować dla rodziny i przyjaciół, wielbicielka książek, wycieczek rowerowych i niepoprawna optymistka, która zawsze i we wszystkim szuka dobrych stron. I je znajduje. Szczęściara!

LENIN WIECZNIE ŻYWY I PRAWDA OBJAWIONA WG DYREKTORA KRZAKOWSKIEGO

Kadr z filmu "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz"
Na początek - małe dementi. My nie narzekamy ciągle na Was i na to, że nic nie robicie. Albo robicie za mało. Nie jest to pusta sztuka dla sztuki. My po prostu wytykamy Wam, że w większości nie wypełniacie Waszych obowiązków od A do Z tylko robicie to po łebkach. Tak, jak Wam jest wygodnie. No, coś jakby... od E do L ;-) I nie jest to stereotyp, to są tak zwane fakty autentyczne.

Zaczął Dawid Bartosik. Potem pociągnęła Kasia Troszczyńska, a następnie swoją cegiełkę dorzuciła Matka Przebiegła. Berek! No to teraz ja dorzucę swoje trzy grosze.



SPĘDZANIE CZASU Z DZIECKIEM
Bawicie się po pracy z dziećmi? Świetnie! Wręcz cudownie! Bardzo mnie cieszy, że budujecie sobie relację z dzieckiem. Tylko że ja też wolałabym po robocie zamienić szpilki na kapcie, a korpo-uniform na dres i walnąć się z dzieckiem na dywan, jeżdżąc kolejką elektryczną, bawiąc się lalkami w dom czy budować platformy wiertnicze z kloców. I z ogromną przyjemnością będę kątem mojego rozbawionego oka spoglądać, jak Ty, drogi ojcze, będziesz w pośpiechu ogarniał mieszkanie po porannej rozpierdusze, gotował na prędce obiado-kolację, wyciągał naczynia ze zmywarki, rozwieszał pranie i pakował zakupy do lodówki. Ale nic to! Jeśli faktycznie sie bawicie, to nie czepiam się! Gorzej, jeśli Wasza pomoc przy dziecku polega na wspólnym oglądaniu telewizji (Co na Boga ciekawego może zobaczyć kilkuletnie dziecko w TVN 24????) czy zabawie w Lenina. Nie znacie? To bardzo prosta zabawa! A jaka przy tym rozwijająca i budująca relację... Polega ona mniej więcej na tym: "Ja się teraz położę, a Wy (dzieci) mnie podziwijacie." To nie wymysł mojej pokręconej osobowości. Zasłyszane od przyjaciółki. Autentyk.

A SKORO BYŁA MOWA O ZAKUPACH...
To też jest temat-rzeka. Deklarujecie, że pomagacie w domu między innymi robiąc zakupy. To super, tylko palec w górę, który z Was orientuje się ile zostało cukru, mąki czy masła? Czy przypadkiem robiąc poranną toaletę nie zabraknie papieru toaletowego? I czy nie trzeba będzie sobie wytrzeć tyłka gazetą czy ręcznikiem kuchennym? Ba! Często nawet nie macie świadomości, że kończy się pasta do zębów, czy żel pod prysznic. WASZ - męski żel pod prysznic... A zatem, jak pokazuje rzeczywistość, zakupy możecie sobie robić, ale bez listy sprawunków, którą spisuje ONA - ani rusz!

POSIŁKI
Bedąc przy temacie zakupów, nie sposób napomnkąć o gotowaniu. Fakt - najlepszymi szefami kuchni są mężczyźni. Jeśli już gotują - robią to świetnie. Ale gotowanie to znów - nie jest tylko rzucenie kotleta na patelnię i podanie go na talerzach. To cała sekwencja czynności: planowanie CO ugotować, zrobienie zakupów (wcześniej oczywiście lista potrzebnych składników - patrz punkt wyżej), następnie obieranie, przygotowanie, siekanie, marynowanie, gotowanie / pieczenie / duszenie czy co tam sobie tata wymyśli. Podanie. A potem...Nie - nie tylko zmywanie czy wrzucenie naczyń do zmywarki. Proces pod tytułem "gotowanie" to także; wytarcie blatów kuchennych, umycie czy choćby zamiecenie podłogi i UMYCIE KUCHENKI. Palec w góry, czyj mąż czy partner po podaniu swojej rodzinie obiadu wyczyścił kuchenkę czy piekarnik?! Ale jak się okazuje, tylko matki widzą usyfioną sosem pomidorowym kuchnię...

WYRZUCANIE ŚMIECI
Jednym z najczęściej pojawiających się w opisach męskich domowych obowiązków jest wyrzucanie śmieci. I tu znów się czepnę. Bo moi drodzy - wyrzucanie śmieci, to nie tylko...WYRZUCENIE śmieci. To także niedopychanie łokciem, stopą czy kolanem, tudzież rzucanie jak popadnie śmieci do wora i nie czekanie, aż kobieta wręczy zawinięty cuchnący tobołek i kopniakiem wypchnie do śmietnika, zsypu. To samodzielne wyjęcie zapełnionego worka, zawiązanie go i udanie się w wiadomym kierunku. To także - o czym panowie nie pamiętacie - włożenie do śmietnika nowego worka. Możecie być spokojni - worek na pewno jest, bo przecież to ONA go zazwyczaj wkłada, a jeśli nawet zdarzy się, że to Wy włożycie worek do kosza - to i tak dobrze, że to ONA kontroluje jego ilość w szafce.

PRZYCHODZI BABA DO LEKARZA...
Nie jestem (na szczęście) zbyt częstym gościem w przychodni. Pojawiam się tam z moimi dziećmi może ze 3 razy w roku, nie licząc szczepień czy przeglądów gwarancyjnych zwanych bilansami. I o ile na szczepieniach widuję pary (mamę i tatę) wspólnie czekające do pediatry, o tyle - przysięgam - nigdy jeszcze nie widziałam ojca, czekającego z chorym, zasmarkanym , kaszlącym, gorączkującym czy wymiotującym dzieckiem. NIGDY. Zawsze mama, babcia, siostra, bardzo rzadko dziadek... Nie mówię, że żaden i że nigdy tata nie przychodzi - może to ja nie mam szczęścia, ale wskazuje to jakąś tendencję. Jeśli dziecko zaczyna się źle czuć w szkole czy przedszkolu - kto prosi szefa o zgodę na pilne wyjście z pracy? Matka. Kto bierze zwolnienie na chore dziecko? Matka. Nie - nie jest to kolejny stereotyp. To fakt. Super, że chociaż w domu pomagacie zmieniać zahaftowaną pościel czy wycierać nosy!

ODWOŻENIE DZIECI DO SZKOŁY
I tu znów - sytuacja z życia wzięta... Obserwuję to trzy razy w tygodniu, pod szkołą mojej córki. Odprowadzające czy odwożące dzieci do szkoły matki wysiadają z nimi, poprawiają tornister, sprawdzają czy aby na pewno jest zapakowane śniadanie i trzy razy poprawią szalik i czapkę. Nie zapomną o buziaku, ku rozpaczy co niektórych ("Jezu, mamo, nie rób mi tego przy kolegach!"). W ekstremalnym przypadku - odprowadzą pod same drzwi szkoły, przyklejając nos do szyby niczym Benjamin Braddock w "Absolwencie"... Ojcowie - wysadzają brzdąca pod bramą szkoły, nie wyłączając silnika lub - co też widuję - stają w zatoczce autobusowej, na awaryjnych, byle szybko, paaa! (Nie, nie jest to wyjątkowa sytuacja, bo akurat dziś się spieszę do pracy - robią to ci sami ojcowie, za każdym razem...).

A tak na samo już zakończenie. Ja nie narzekam. Nie jestem malkontentką, narzekającą na swojego męża dla samego narzekania. Wspólnie podzieliliśmy obowiązki sprawiedliwie, co nie znaczy, że po równo. Czasem ja wyręczam jego, a czasem on mnie. I jest super - dogadujemy się. I o to chodzi, aby żadna ze stron nie czuła się wykorzystywana. Pewnie, że chciałabym czasem, żeby tata moich dzieci bardziej się angażował, ale chyba raczej z czysto egoistycznych pobudek - no kto z nas nie lubi czasem sobie siąść wygodnie w fotelu i pokiwać nonszalancko kapciuszkiem na stópce... Nikt nie mówi, że mama jest ważniejsza od taty! Wszak już dyrektor Krzakowski mawiał, że "ojciec jest tak samo ważny, jak matka, a jak matka gdzieś wyjedzie, to nawet ważniejszy!" Nikt nie deprecjonuje, drodzy tatusiowie, tego, co robicie, jeśli tylko robicie to w pełnym oddaniu i poświęceniu. Miłość to piękna i ważna sprawa, ale nie najważniejsza i nie wszystko załatwia. I nie zawsze wystarcza... Czasem potrzeba trochę więcej wysiłku.

Trwa ładowanie komentarzy...